Spełnienie marzeń w Charzykach

przez

Budzę się bez budzika, spokojnie przekręcam się na drugi bok, spoglądam na męża, później na zegarek… 8:10… Jezu Złoty… „Wiesiek, Wiesiek zaspaliśmy, zaraz startuję… Wiesiek!!!!!”. Krzyczę, wyskakuję z łóżka, ubieram się jak szalona i… budzę się zlana potem. Na szczęście to był tylko sen.

Sobota 10.06.2017

Godzina 4:20

Budzę się bez budzika, spokojnie przekręcam się na drugi bok, spoglądam na męża, później na zegarek, 4:20. Wmawiam sobie, że mam jeszcze 40 minut do pobudki, więc mogę spokojnie zasnąć. Zasypiam, ale nie tak spokojnie jakbym chciała.

Godzina 5:00

Dzwoni budzik i grzecznie, jak nigdy wstaję żeby na 3 godziny przed startem w Triathlon Charzykowy zjeść moje przedstartowe śniadanie. Menu tego śniadania od roku mam to samo, czyli czarna kawa oraz dwie bułki z masłem i miodem. Ta wersja śniadania sprawdza mi się najlepiej, a zainspirowana jestem warszawskim biegaczem (warszawskibiegacz.pl) czyli Bartoszem Olszewskim, który w jednym ze swoich wpisów na blogu proponuje właśnie takie śniadaniowe rozwiązanie. Marzy mi się kawa z ekspresu, ale mimo przemiłej obsługi w ośrodku „Rejs”, w którym nocujemy w Charzykach, to nie liczę na to, że jakiś pracownik mógłby mi ją zaparzyć o piątej rano. W ogóle co to za godzina 🙂 Wychodzę na dwór, ptaki śpiewają, słońce świeci – to będzie piękny dzień.

Godzina 6:00

Szybkie pakowanie sprzętu, ostatnie sprawdzenie roweru i ruszam do strefy zmian. Mieszkamy nad samym Jeziorem Charzykowskim, więc do strefy jadę rowerem myśląc tylko o tym, że za około trzy godziny, po tej właśnie promenadzie będę biegła już do mety dzisiejszego startu. W głowie mam tylko jedno: poprawić wynik z 2016 roku czyli złamać 1:45: 18. Marzenie brzmi natomiast: zejść poniżej 1:40, ale szybko otrząsam się z tego pomysłu, bo nie chcę rozbudzać w sobie zbyt dużych nadziei. Bez startu w Triathlon Lubasz, który miał pokazać formę w tym sezonie, nie wiem na co liczyć i jak ocenić swoją triathlonową gotowość.

W strefie zostawiam sprzęt i rower oraz ustalam z sędzią głównym, że będę mogła wyciągnąć rower ze strefy zaraz po ostatnim na mecie zawodniku 1/8 IM. Dlaczego? Dlatego, że o godzinie 17.00 muszę wystartować w biegu na 12 km w Wyrzysku. Szaleństwo? Raczej tak. Jednak bez tego startu nie będę liczona w biegowej klasyfikacji powiatowej „Biegaj z nami” i mimo tego, że sama nie wierzę, że to zrobię to mam zamiar zaliczyć dwie imprezy w jeden dzień.

Godzina 7:00

Ruszam na start z dwoma triathlonowymi debiutantkami Iwoną (moją bratową) i Agnieszką, które po drodze zadają mi pytania odnośnie startu, trasy i strefy zmian. Staram się jak mogę odpowiadać w miarę sensownie i bez nerwów, ale wiem, że mój poziom ekscytacji sięga już zenitu, a ostatnią rzeczą jakiej bym chciała, to przejście tych nerwów i ekscytacji na dziewczyny. Wchodzę z nimi raz jeszcze do strefy, sprawdzam sprzęt – jest dobrze – w tym roku o niczym nie zapomniałam. Ruszamy na odprawę, ubieramy panki, zamieniam kilka słów ze znajomymi oraz nieznajomymi czytelnikami bloga i kierujemy się w stronę startu.

Godzina 8:00

4, 3, 2, 1 Start! Rolling Start czyli ruszamy do wody po trzy osoby w odstępie kilku sekund. To dla mnie nowe rozwiązanie, faktycznie gwarantujące większy komfort podczas pływania. Nie ma pralki, nie ma tłumu, nie ma walki o każdy centymetr dla siebie. Ruszam za dziewczynami, w drugiej połowie stawki naszej fali, z planem: płynąć szybko i jak najwięcej kraulem. Plan weryfikuję po jakiś 20 metrach, bo wiejący wiatr robi falę, która wali mi prosto w twarz. Piję wodę z jeziora raz, piję drugi, kaszlę, krztuszę się. W głowie jedna myśl: „ja już nie chcę, chcę wyjść”. Staram się uspokoić oddech i umysł oraz nie dać się fali. Po około 200 metrach łapię spokój i zaczynam robić swoje. Dopływając do brzegu, myślałam, że płynęłam jakieś 20 minut, weryfikuję zegarek 00:13:40.  Ostatecznie czas pływania to 00:13:56 (166 pozycja na 198 zawodników), czyli jak dotąd moje najlepsze pływanie w triathlonie (oczywiście oprócz Bydgoszcz Triathlon, ale rzecznego dopingu nie liczę do pływackich życiówek). Wybiegam z wody bardzo dumna i szczęśliwa, bo ponownie wygrałam ze swoimi słabościami i to jeszcze w tak dobrym dla mnie czasie.

CHA124_311_2017

Wbiegam do strefy zmian, przebieram się i ściągam rower bez założonego kasku. Fuck!!! Znowu Charzykowy, znowu akcja z kaskiem i znowu ta sama pani sędzia zwracająca mi uwagę. Zakładam kask, lecę do belki i wskakuję na rower. Zaczyna lekko kropić deszcz, robi się jeszcze większy wiatr, a niebo zachodzi szarością. Nie zwracając uwagi na warunki atmosferyczne pędzę i daję z siebie wszystko. Ja mijam innych zawodników i jestem mijana, słysząc tylko za sobą charakterystyczne odgłosy rowerów czasowych. Trasa w Charzykach nie jest idealna, równa i przyjemna, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, bo chcę poprawić wynik z ubiegłego roku. Jedzie mi się dobrze i równo, a czas mija szybko. Ostatecznie rower kończę w czasie 00:48:47 (146/198). Jest dobrze!

CHA124_7464_2017

Wolne T2 – 00:01:50 (co ja tam robiłam, nie wiem) i ruszam na trasę biegową. Z biegu pamiętam tylko to, że uśmiechałam się do prawie każdego mijanego z naprzeciwka biegacza, bo przeliczając swoje poszczególne czasy byłam pewna, że zejdę poniżej 01:40:00, musiałam tylko utrzymać równe tempo i nie poddać się na ostatnich kilometrach. Tak też zrobiłam. Nie poddałam się i wbiegłam na metę z wielkim uśmiechem na ustach. Mam to! Zrobiłam to! Mój cel i moje marzenie zostały zrealizowane. 01:37:33 z bieganiem 00:30:20 (171/198).

CHA124_1769_2017

Godzina 9:45

Wiszę na szyi Mojego Męża i płaczę, a właściwie ryczę. Słyszę tylko „spokojnie, oddychaj Justyna, spokojnie”. Tyle, że ja nie mogę spokojnie, bo płaczę ze zmęczenia, ale także z radości, którą tak trudno opisać bo miesza się z dumą, ulgą i satysfakcją. Potwierdzam czas i uśmiecham się sama do siebie, bo jest to jakiś wynikowy kosmos, w który trudno mi uwierzyć. Jestem bardzo zadowolona. Na mecie jest już Agnieszka, dobiega Iwona – obie również zrobiły niesamowitą robotę i zadebiutowały z bardzo dobrymi wynikami (Aga 01:24:18, Iwona 01:41:20). Brawo, brawo, brawo!

CHA124_2117_2017

Godzina 11.00

Ruszamy do Piły i tylko przez przypadek udaje nam się wyjechać z Charzykowy przed startem ½ IM. Jeszcze chwila, jeszcze moment i utknęlibyśmy na ich trasie rowerowej bez możliwości wyjazdu, a wtedy na 100% nie zdążyłabym na start do Wyrzyska. Po drodze jemy obiad, ja mimo emocji staram się usnąć w samochodzie i… docieramy do domu. Dzieciaki, tulenie, karmienie, picie kawy, pakowanie i ruszamy do Wyrzyska.

Godzina 17.00

„Czy ja na poważnie mam przebiec dzisiaj 12 km?” Sama w to nie wierzę, ale zgodnie z gwizdkiem sędziego ruszam do startu w Biegu Olka w Wyrzysku. Do 7 kilometra idzie dobrze, średnia około 6:10, czyli tak jak planowałam. Po czym następuje zwrot akcji, którego początkiem jest długi i ostry podbieg po nawrocie w Osieku nad Notecią, bo głowa się wyłącza, nogi już nie chcą walczyć, ręce ciążą. Do mety ciągnie mnie tylko myśl, o tym, że tam czeka na mnie moja Rodzina oraz to, że za kilka kilometrów ten dzień się skończy i będę mogła iść spać. 12 km pokonuję w czasie 01:18:10 (wynik z mojego zegarka) i mam na ten wynik zupełny luz. Jeszcze na początku tego roku nie byłoby mowy abym zaliczyła jednego dnia start w triathlonie i start w biegu na 12 km. Szczerze to nawet bym o tym nie pomyślała. Od marca tego roku moja praca, treningi, żywienie i konsekwencja to zupełnie inna bajka, która doprowadziła mnie do tego, co dzieje się w sezonie 2017. Kiedy na mojej szyi zawisnął drugi tego dnia medal, znowu ogarnęła mnie wielka radość i duma, z tego, że to zrobiłam. Szybka regeneracja, rozmowy ze znajomymi, pyszny posiłek, pakowanie dzieciaków do samochodu i jedna myśl: „spać”.

19073091_1420900261296847_688383939_o

Godzina 21:00

Dzieci wykąpane, nakarmione i śpią. Na kanapie siedzę jakby w letargu, budzi mnie głos mojego Męża „idź spać”. Idę, ale ledwo. Wchodzę pod prysznic i staram się zmyć z ręki i łydki mój numer startowy. Szkoda mi tego, że muszę to zrobić. Najchętniej zostawiłabym go na dłużej, przypominając sobie przy każdym spojrzeniu, że „veni, vidi, vici”. Bo faktycznie przybyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam – zwyciężyłam ze sobą i ze swoimi słabościami. Po raz kolejny triathlon pokazuje mi, że mogę wszystko, i że „sky is the limit”.

Dziękuję Wszystkim, którzy przyłożyli się do tego sukcesu, do tego, że przetrwałam ten dzień z takimi sukcesami.

Dziękuję Wszystkim, którzy mi kibicowali, również na miejscu w Charzykach i Wyrzysku.

Dziękuję Wszystkim, którzy podeszli do mnie i dali znać, że czytają trichange.pl.

Dziękuję po stokroć i do zobaczenia w Bydgoszczy.

Zdjęcie główne oraz nr 1, 2, 3, 4 – maratomania.pl

 

2

Skomentuj

Brak tagów 2